wypadki chodzą po ludziach, a czasem przekraczają dozwoloną prędkość
Od wczoraj (i pewnie głównie wczoraj, bo dziś może jakaś pielęgniarka zasłabnie z głodu…) polskie media oszalały.
W ułamkach sekundy powstał temat doskonały medialnie pod każdym względem - jest znana osoba (która jest znana też z tego, że jest dzieckiem osoby jeszcze bardziej znanej), jest prędkość, jest super samochód (i to nawet w nomenklaturze Pana Clarksona), jest “rozpierducha”, jest ogień, jest stan ciężki, jest śmierć, jest tragedia. Tak chodzi o Macieja Zientarskiego.
Wykaże się arcydozą braku empatii ale całość można by skwitować jednym zdaniem - Młody Zientarski zapierdalająć samochodem marki Ferrarri, na prostej drodze, przypierdolił w betnowy filar wiaduktu, zabijając przy tym swojego pasarzera.
Nie trzeba być synem sławnego ojca (wystarczy być), nie trzeba jechać Ferrarri (wystarczy jechać), nie trzeba zapierdalać (wystarczy prowadzić) aby wpaść w statystykę. W przypadku Maćka jest jedna dobra rzecz w tej całej tragedii - na szczęście ma dobre OC.